"The purpose of life is the expansion of happiness."
Takim zdaniem otwiera swoja ksiazke "The Ultimate Happiness Prescription" Deepak Chopra.
Zdalam sobie wlasnie sprawe, ze tytul jest bardzo ... dwuznaczny? Albo tez majacy wzbudzic zainteresowanie czytelnika, choc pozniej tresc okazuje sie calkiem odbiegajaca od tego, co tytul obiecuje, albo raczej czego oczekuje czytelnik...
Wciaz strajkuje, dzieki temu siedze w domowej bibliotece i slucham juz drugi raz tej czytanej ksiazki (czytanej zreszta przez samego autora). I w pewnym momencie, juz pod koniec, poczulam sie zlapana. W siec swiadomosci. W nowe (prastare) myslenie. W inne mozliwosci bycia. W calkiem nowy sposob zycia, jaki sie teraz przede mna roztacza... (Dopero dzis mnie to uderzylo tak mocno, choc pranie mozgu robilam sobie juz od sierpnia zaprzeszlego roku!)
Wczoraj konczylam sluchac Sarah Susanki "The Not So Big Life: Making Room For What Really Matters", ktora wypozyczylam, bo przegladajac strony o tym jak budowac domy z bali slomianych jej inna ksiazka ("The Not So Big House") byla zarekomendowana, ale ze w papierowej formie, musze na nia poczekac. I ta sluchana ksiazka to prawie biblia nowej swiadomosci (zajmuje ponad 11 godzin!). Zaczyna sie od architektury, a powoli przechodzi przez medytacje, odczuwanie czasu i bycie w teraz, az glebiej i glebiej, ze po skonczeniu chwycilam sie za glowe, bo co za dywersja, by przemycic takie informacje, w takim formacie...
I dzis czuje sie zlapana, i troche jak Deepak Chopra przekonuje o tej nowej rzeczywistosci swoim glosem z akcentem z Indii, ktory tak umiejetnie potrafi nasladowac Gabrys, z pewnoscia siebie, nieuchronnoscia, ze tak ma byc, bo inaczej sie zwyczajnie nie da... trudno mi to wyrazic.
Teraz musze to wszystko przetrawic...
Icke
It's ALL bollocks - yes, ALL of it.
David Icke
poniedziałek, 1 kwietnia 2013
niedziela, 31 marca 2013
Dzis niedziela wielkanocna.
Ale jakie wlasciwie znaczenie ma niedziela wielkanocna, badz poniedzialek wielkanocny, badz wielki piatek, czwartek czy sobota?
W moim przypadku (i zastanawiam sie w ilu innych przypadkach) oznaczalo to glownie sprzatanie, gotowanie, niewyspanie, podawanie, a pozniej znowu sprzatanie. Gdzie tu swietowanie?
Dzis (niedziela wielkanocna) wstalam z bolem plecow, z mysla, ze mam robic jajka faszerowane (bo obiecalam Jedrkowi), ze musze wyjac jakas dziwna kostke - chrzastke( albo dwie) z nogi jagniecia, wypeklowac to, wstawic do piekarnika, posprzatac balagan po urodzinach Michala wczorajszych, zrobic sniadanie, lunch, podac to, etc...
Gdy zeszlam na dol, balagan byl jeszcze wiekszy niz wczoraj, po zwroceniu uwagi, ze jest bajzel, uslyszalam, ze jak bylam na gorze, to przynajmniej bylo cicho. A gwozdzia do trumny dobil sedes z niespuszczona zawartoscia.
Jak dlugo mozna mieszkac w domu, gdzie sprzataniu nie ma konca, i nie ma nawet jednego pomieszczenia w ktorym przez jeden dzien byloby czysto bez mojego podnoszenia czegos ciagle?
Wiec poszlam sobie.
Na szesc godzin.
Na piechote do ogrodow botanicznych.
Jak sie idzie, to wszystko wyglada inaczej. Postrzeganie swiata (jego szczegolow) w bardzo duzej mierze zalezy od szybkosci, z jaka ow swiat przemierzamy. Udalo mi sie zauwazyc bardzo kolorowe graffiti pod mostami, podziwiac w jaki sposob most byl zbudowany, zauwazyc pekniecia w chodniku, obok ktorego zwykle bym przejezdzala, zatrzymac sie wreszcie na moscie (a wlasciwie trzech... Hamilton zwyklo sie nazywac miastem wodospadow, po dzisiejszej przechadzce Hamilton nazwalabym raczej miastem mostow) i podziwac golebia, ktory siedzial na kablach elektrycznych zwisajacych nad rzeka i sie zastanowic, jak to by bylo tam siedziec...
Zaliczylam dwie kafejki, i dzieki temu przy kawie poczytalam sobie "Unconditional Life" Deepaka Chopry. W ogrodach botanicznych spokojnie powdychalam kwitnace krzaki grejpruta i rozkosznie slodkie tulipany. A dookola rodziny z wozkami, dziecmi i krzykiem poszukiwaly czekoladowych jaj...
Moja samotna wycieczka zaowocowala postanowieniem stworzenia pomieszczenia tylko dla mnie. I bedzie to biblioteka, w ktorej juz mam doprowadzony kabel do internetu. Jedyna tak naprawde rzecza, ktora musze zrobic, to wstawic drzwi, oczywiscie z zamkiem...
Ale jakie wlasciwie znaczenie ma niedziela wielkanocna, badz poniedzialek wielkanocny, badz wielki piatek, czwartek czy sobota?
W moim przypadku (i zastanawiam sie w ilu innych przypadkach) oznaczalo to glownie sprzatanie, gotowanie, niewyspanie, podawanie, a pozniej znowu sprzatanie. Gdzie tu swietowanie?
Dzis (niedziela wielkanocna) wstalam z bolem plecow, z mysla, ze mam robic jajka faszerowane (bo obiecalam Jedrkowi), ze musze wyjac jakas dziwna kostke - chrzastke( albo dwie) z nogi jagniecia, wypeklowac to, wstawic do piekarnika, posprzatac balagan po urodzinach Michala wczorajszych, zrobic sniadanie, lunch, podac to, etc...
Gdy zeszlam na dol, balagan byl jeszcze wiekszy niz wczoraj, po zwroceniu uwagi, ze jest bajzel, uslyszalam, ze jak bylam na gorze, to przynajmniej bylo cicho. A gwozdzia do trumny dobil sedes z niespuszczona zawartoscia.
Jak dlugo mozna mieszkac w domu, gdzie sprzataniu nie ma konca, i nie ma nawet jednego pomieszczenia w ktorym przez jeden dzien byloby czysto bez mojego podnoszenia czegos ciagle?
Wiec poszlam sobie.
Na szesc godzin.
Na piechote do ogrodow botanicznych.
Jak sie idzie, to wszystko wyglada inaczej. Postrzeganie swiata (jego szczegolow) w bardzo duzej mierze zalezy od szybkosci, z jaka ow swiat przemierzamy. Udalo mi sie zauwazyc bardzo kolorowe graffiti pod mostami, podziwiac w jaki sposob most byl zbudowany, zauwazyc pekniecia w chodniku, obok ktorego zwykle bym przejezdzala, zatrzymac sie wreszcie na moscie (a wlasciwie trzech... Hamilton zwyklo sie nazywac miastem wodospadow, po dzisiejszej przechadzce Hamilton nazwalabym raczej miastem mostow) i podziwac golebia, ktory siedzial na kablach elektrycznych zwisajacych nad rzeka i sie zastanowic, jak to by bylo tam siedziec...
Zaliczylam dwie kafejki, i dzieki temu przy kawie poczytalam sobie "Unconditional Life" Deepaka Chopry. W ogrodach botanicznych spokojnie powdychalam kwitnace krzaki grejpruta i rozkosznie slodkie tulipany. A dookola rodziny z wozkami, dziecmi i krzykiem poszukiwaly czekoladowych jaj...
Moja samotna wycieczka zaowocowala postanowieniem stworzenia pomieszczenia tylko dla mnie. I bedzie to biblioteka, w ktorej juz mam doprowadzony kabel do internetu. Jedyna tak naprawde rzecza, ktora musze zrobic, to wstawic drzwi, oczywiscie z zamkiem...
wtorek, 26 marca 2013
Dzis rano zatrudnilam sie jako tzw "property manager" (ciec czyli?) i naprawialam gniazdka elektryczne i zamki w drzwiach. Przy tym walnelam sie mlotkiem po palcu i spuchlo. Wciaz boli, ale juz lepiej. Potem zatrudnilam sie jako kupujacy grzejnik do wody, bo stary sie rypl (to niesamowite swoja droga ile inforamcji zwykly numer seryjny potrafi ujawnic i ile sie mozna dowiedziec o roznych sposobach grzania wody). W zwiazku z tym, ze bylam w pracy i zglodnialam, pozwolilam sobie na kanapke z kawa z bistro baru. W zwiazku z tym, ze bylam w pracy bylam w strasznie dobrym humorze, bo nikt nie krzyczal mamamamamamamamamamamamamamamamamama!!!!!! non stop. Moglam posluchac siebie, tudziez pracy silnika w samochodzie, obie rzeczy znajduje jednakowo przyjemne. Slonce swiecilo, ludzie byli mili, uczynni.
Pozniej wrocilam do domu.
A pozniej pojechalismy na Kumon. Dzieci byly wniebowziete, bo dzis byl tort i medale (jeden dostal brazowy, drugi dostal srebrny (prawdziwy srebrny i prawdziwy brazowy!) za bardzo dobra nauke).
Ja dostalam kwiaty...(I kupon do cukierni tez!)
Nie, nie od meza i nie od przystojnego zabojczo nieznajomego.
Dostalam nagrode za rodzica! (sa nagrody za dobre uczynki, za dobra nauke, okazuje sie, ze sa i za dobrego rodzica!)
W domu podziekowalismy drugiemu rodzicomi, bo placi za edukacje...
Zaczelo sie mlotkiem, skonczylo kwiatami (a bukiet trzeba przyznac piekny...)
Pozniej wrocilam do domu.
A pozniej pojechalismy na Kumon. Dzieci byly wniebowziete, bo dzis byl tort i medale (jeden dostal brazowy, drugi dostal srebrny (prawdziwy srebrny i prawdziwy brazowy!) za bardzo dobra nauke).
Ja dostalam kwiaty...(I kupon do cukierni tez!)
Nie, nie od meza i nie od przystojnego zabojczo nieznajomego.
Dostalam nagrode za rodzica! (sa nagrody za dobre uczynki, za dobra nauke, okazuje sie, ze sa i za dobrego rodzica!)
W domu podziekowalismy drugiemu rodzicomi, bo placi za edukacje...
Zaczelo sie mlotkiem, skonczylo kwiatami (a bukiet trzeba przyznac piekny...)
niedziela, 24 marca 2013
"In the home of the future... our rooms will descend close to the ground, and the garden will become an integral part of the house. The distinction between the indoors and the out-of-doors will disappear. The walls will be few, thin, and removable. All rooms will become parts of an organic unit instead of being small separate boxes with peep-holes."
Rudolph Schindler, architect (z ksiazki Kurta Teske "Femg Shui for Success")
Niedawno bylam w cieplarni Ogrodow Botanicznych w Burlington. Wyjatkowo udalo mi sie wyrwac z domu tylko z mezem (zostawilismy nasza trojke pod opieka Alexa i Isli, korzystajac z okazji, ze wlasnie byla to nasza ktoras z kolei rocznica slubu) i dzieki temu rzeczywistosc w ogrodach, tego dnia, byla mniej rozbiegana i krzykliwa. Gdy siedzielismy sobie spokojnie na lawce, podziwiajac roznorodnosc form roslinnych zgromadzonych w jednym miejscu,w pewnym momencie zdalam sobie sprawe, ze to moglby byc moj dom. Oczywiscie nie taki duzy, ale otwarty, z podloga z blokow kamiennych w ksztalcie sciezki, z lozkami ukrytymi wsrod roslin i swiatlem z kazdej sciany i sufitu. Zawsze marzyl mi sie taki oddzielny pokoj, gdzie w zimie roslyby rosliny i mozna byloby szybciej doczekac wiosny, caly (albo prawie caly) oszklony. Dlaczego wiec nie mieszkac w wiecznie zielonym ogrodzie? Gdzie od razu mozna jednoczesnie hodowac wlasne pomidory, gotowac, spac, i ogladac telewizje?
wtorek, 19 marca 2013
Jak to sie dziwnie wszystko placze... Rzecz w tym, ze chcialam przytoczyc kawalek z ksiazki Elif Shafak "The Forty Rules of Love", ale przedtem wyjasnic, jak doszlo do tego, ze czytam te ksiazke. Polecila mi ja Ewa, mowiac, ze przeczytala ja w rekordowym tempie (wcale sie nie dziwie, mi zajelo to tez tylko jeden dzien, nijak nie moglam sie oderwac... cudem zupe ugotowalam i zaplacilam rachunki gdzies w jakiejs dziurze czasowej). Ewa mowila mi o Rumim jeszcze jesienia, ja czytalam wtedy Wayna Dyera i on o nim wspominal, potem Ewa pozyczyla mi tomik poezji Rumiego (ale przyznam ze tlumaczenie kilku jego wierszy na angielski w ksiazce powyzszej jakos bardziej mi pasuje, jest bardziej zrozumiale, to tak jak z Baranczakiem i Szekspirem, jego tlumaczenia Szekspira sa wspolczesne, tak samo chyba jest z tlumaczeniem Rumiego na angielski). I w innych lekturach juz pozniej Rumi caly czas sie pojawial tu i owdzie (rozdzial mu poswiecil Deepak Chopra w "Bogu"). I Ewa wreszcie z ta ksiazka wyskoczyla. Wiec wypozyczylam i chce sie podzielic jedna z zasad, jakie glosil Shams z Tabrizu, nauczyciel i przyjaciel Rumiego:
"Life is a temporary loan, and this world is nothing but a sketchy imitation of Reality. Only children would mistake a toy for the real thing. And yet human beings either become infatuated with the toy or disrespectfully break it and throw it aside. In this life stay away from all kinds of extremities, for they will destroy your inner balance."
sobota, 16 marca 2013
urodziny
UrodzinyGabryska.
Relacja fotogeniczna:
Gabrys przed zgaszeniem pierwszego tortu.
Gabrys po zgaszeniu drugiego tortu.
Gabrys gasi pierwszy tort.
Gabrys gasi drugi tort.
Zagadka: ile tortow mial Gabrys na urodziny i ile lat ma Gabrys?
Relacja fotogeniczna:
Gabrys przed zgaszeniem pierwszego tortu.
Gabrys po zgaszeniu drugiego tortu.
Gabrys gasi pierwszy tort.
Gabrys gasi drugi tort.
Zagadka: ile tortow mial Gabrys na urodziny i ile lat ma Gabrys?
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)






